OKOLICE BAZY:

[cofnij]
 

 

Rusini w Pieninach

okolice bazy

 

 

U Rusinów przed półwieczem

Myliłby się ten, kto by sądził, że Ruś Szlachtowską zamieszkiwali wyłącznie Rusini. Oczywiście, stanowili przytłaczającą większość. Ale obok nich żyli, jak w całej ówczesnej Polsce, ludzie innej narodowości, innej wiary i języka. I tak w przedwojennych Jaworkach osiedliło się kilka polskich rodzin, przeważnie pracowników leśnych w dobrach Stadnickich. W Szlachtowej było ich więcej i przeważnie pracowali w tartaku. Współżycie układało się na ogół poprawnie. Zdarzały się też małżeństwa mieszane. Polacy uczestniczyli bardzo często w cerkiewnych nabożeństwach, tam też chrzcili dzieci (najbliższy kościół był dopiero w Szczawnicy).

W 4-klasowej szkole uczono po polsku i po łemkowsku - do wyboru. Nieliczną, ale ważną grupę mieszkańców, stanowili Żydzi. W Jaworkach żyły 2 rodziny żydowskie i one prowadziły sklep. Jaworczanie wyrażają się o Żydach z sympatią; w żydowskim sklepiku kupowało się rozmaite przedmioty przemysłowe: od mydła po tybet na spódnice.

Specyficzną społeczność na Rusi stanowili Cyganie. Osiedleni na skraju Szczawnicy przy drodze do Szlachtowej, często całą grupą przybywali do Jaworek zakładając obóz na "niczyjej ziemi" nad rzeką. Prowadzili kuźnię w Szczawnicy (wyrób motyk-haczek, oraz siekier); zapraszano ich na wesela, gdzie muzykowali. Znacznie częściej jednak utrzymywali się z żebraniny i drobnych kradzieży. Cyganki, nachodzące chałupy, znane były z natarczywości. Czasem Cyganie zjawiali się całą gromadą: jedni zajmowali gospodarzy rozmową, podczas kiedy inni penetrowali strychy i spiżarnie. Żywili się - mówią Jaworczanie z odrazą - padliną, nierzadko wykopaną z ziemi...

Od pasterza do druciarza...

We wcześniejszym okresie (czyli przed rokiem 1918) ważnym sposobem zarobkowania były hodowla, wypas, a później sprzedaż wołów na słowackich targach, a nawet w Wiedniu. W okresie międzywojennym hodowano głównie owce, świnie, bydło. Najwyżej ceniona była hodowla owiec; liczący się gospodarz miał ich kilkanaście do kilkudziesięciu. Pasł je na swoich górskich łąkach. Skoszone na halach siano gromadzono w prowizorycznych szałasach, tzw. sedlikach (R. Walewski podaje nazwę "chyżka") przystosowanych często do nocowania bydła, a nawet i ludzi w sezonie wypasu (po wojnie WOP palił sedliki - przyp. red). W stadzie prowadzono osobno barany i jarki, tzn. owce, które nie miały jagniąt. Zwierzęta sprzedawano na jarmarkach w Piwnicznej lub w Krościenku, a za to kupowano niezbędne towary. Począwszy od XIX w. coraz większą rolę odgrywa rolnictwo. Warunki nie sprzyjały uprawie, zwłaszcza kamienistość gruntu, oraz nachylenie stoków. Na skutek wielokrotnych podziałów rodzinnych, pola podzielone były na wąskie pasy biegnące zgodnie z poziomicami i uformowane w tarasy - nazywane tu fałatkami - które np. umożliwiały postawienie wozu i zapobiegały erozji, intensywnej w górach. Takie systemy tarasów, ślad dawnych ornych pól; możemy obserwować jeszcze dziś nad Jaworkami i w dolinie Białej Wody. Granice własności zaznaczano usypując kopczyki kamieni zebranych z pola. Uprawiano pszenicę, jęczmień (normalny i gruby tj. goły bez łuski), kapustę, len i ziemniaki. Kapusta, ziemniaki i płatki jęczmienne to główne składniki pożywienia Rusnaków.

 

chata Łemkowska z Czarnej Wody

Rolnictwo i hodowla nie dawały jednak wystarczających środków do wykarmienia wielodzietnej rodziny. Musiało starczyć jeszcze na zmielenie mąki, sfolowanie sukna, zakupy u Żyda. Jednym z rozwiązań była emigracja zarobkowa. Przed I wojną były to zwykle sezonowe wędrówki na południe - za pracą przy żniwach. Potem pozostała emigracja do Francji, Stanów Zjednoczonych i Kanady. Niektórzy pozostawali "w świecie" na stałe.

Najczęściej jednak Rusnak rozglądał się za dodatkowym zajęciem na miejscu. W każdym domu tkano płótna lniane, oraz materiał na sukno wełniane. Po ustaniu prac sezonowych cała rodzina przędła na krosnach. Gotową materię wełnianą oddawano do folusza. Tam, pod wpływem ubijania i gorącej wody, powstawało sukno. Folusz znajdował się w Jaworkach na Kozińcu (tam gdzie dzisiaj zakład stolarski) i pracował od marca do maja. Z płótna i sukna Łemkowie szyli sobie ubrania. Sposobem chałupniczym wyrabiano też różne gatunki skóry, które służyły potem do produkcji kierpców i kożuchów. Byli też we wsi specjaliści od lepienia garnków, stawiania domów i budowy pieców.

Bardzo specyficznym i ciekawym zawodem Rusinów Szlachtowskich było wędrowne druciarstwo. Uprawiali je głównie mieszkańcy Białej Wody, w mniejszym stopniu czarnowodzianie. Historyk sądecczyzny - Szczęsny Morawski - szukał protoplastów druciarzy wśród Polaków i Węgrów mieszkających kiedyś we wsiach wokół spiskiego grodu Haligowce: Produkowali oni siatkowe kolczugi. Rusini Szlachtowscy opowiadają inną historię. Druciarki nauczył ich kiedyś diak (nauczyciel) - przybysz z głębi Łemkowszczyzny. Jego najzdolniejsi uczniowie: Semen Opryszek, Dałbańczyk, Jałowicz, przekazywali te trudną sztukę następnym. Druciarze zajmowali się naprawą glinianych garnków (siwaków), a potem i blaszanych, produkcją łapek na myszy, tarek do ziemniaków, forem do ciast, siatek do młynków, obręczy do wiader i cebrzyków. Zajęcie przechodziło z ojca na syna. Młody chłopiec uczył się w domu, potem wyruszał "na próbę" do okolicznych wiosek, a dopiero na koniec do miasta. Druciarze odbywali bardzo dalekie wędrówki. Docierali na zachodzie na Śląsk, do Częstochowy, Katowic, Bielska, Cieszyna i na Zaolzie; w Polsce Centralnej do Krakowa, Sandomierza, Kielc, Radomia i Warszawy; i na wschodzie przez Nowy Sącz, Jasło, Sanok, Przemyśl, Lwów do Czerniowiec, Tarnopola, Żytomierza i Kijowa, a przez Jarosław po Sokal, Włodzimierz, Równe, Zamość, Krasnystaw. Nie wszyscy wędrowali tak daleko. Po roku 1918 nowy układ granic ograniczył zasięg wędrówek.

Druciarze pracujący na dalekich trasach znali często dwa lub trzy języki. Społeczność druciarska dopracowała się własnych obyczajów i gwary. Na zarobek wyruszali na ogół osobno, spotykali się nieraz na wspólnych kwaterach. Z wyruszeniem w drogę wiązały się następujące przesądy: dobre dni to poniedziałek i wtorek, spotkanie na drodze starej kobiety, lub czarnego kota było złą wróżbą, należało wracać do domu.

Tradycyjne były też strój i wyposażenie druciarza. Soroczkę, czyli koszulę, druciarze zapuszczali pastą zwaną "soroczkowyj tasak". Pasta (smalec ze starego sadła utarty ze stopioną rtęcią) chroniła podobno skutecznie przed wszami, mimo nieściągania koszuli z grzbietu przez nieraz kilka miesięcy. Szurc - luźne spodnie płócienne - zakładał druciarz na zimowe hołośnie. Dla podparcia się brał do ręki laskę (tzw. kulę) nabijaną gwoździami mosiężnymi o szerokich główkach. Sprzęt druciarski przechowywany był w worku (deci) przewieszonym przez ramię. Były tam różnej wielkości pysky (kleszcze), rożek, a w nim tasak (klej z miękuszki chleba żytniego wyrobionego ze śliną), żelazna hola do robienia den kwart i kwaterek, szynkownyca (narzędzie z obręczy do wyginania blachy), oresz, stalowy durszlak, młotek bez rączki (do robienia tarek), oraz kółka drutu (szram). Gruby pas blachy druciarz wieszał sobie za uzdę na ramieniu.

Masowe druciarstwo w Białej Wodzie spowodowało głębokie zmiany w obyczajowości tej wsi. Ponieważ wszyscy dorośli mężczyźni parali się druciarką, kobiety nieraz na wiele miesięcy przejmować musiały całość obowiązków gospodarskich. Ich rola w rodzinie bardzo rosła. Posiadanie nieślubnych dzieci nie budziło specjalnego zgorszenia.

Inne wsie Rusi Szlachtowskiej nie wykształciły sobie tak specyficznych zajęć i związanej z nimi obyczajowości. W Szlachtowej produkowano drobne przedmioty drewniane, mieszkańcy Czarnej Wody zatrudniali się jako drwale w lesie u Stadnickich. Innym bardzo powszechnym zajęciem zarobkowym związanym z lasem było zbieractwo grzybów (prawdziwków i koźlaków). Suszono je potem na desce przy piecu i sprzedawano na targu.

Często nawet małe dzieci musiały iść na służbę. Najmowano je do wypasu bydła, owiec i świń u bogatszych gospodarzy. Służyły też u księży. Nagminnie zdarzało się, że dzieci nie chodziły do szkoły, podobno między innymi dlatego, że nauczyciele często bili uczniów.

Codzienne kłopoty prowokowały niejednokrotnie do podejmowania działań ryzykownych. Niejeden Rusin przemycał na Słowację tytoń i spirytus, a przynosił stamtąd tybet na spódnice, czy ozdobne elementy stroju. Sprzyjały powiązania ze spiskim rynkiem z czasów Austro-Węgier. Byli i tacy, którzy szukali złota, lub zbójnickich skarbów. Na stokach Starego (nad Potokiem Stary?) wykopywano podobno sól kamienną. Podobno jeszcze w czasie okupacji wywożono ją stamtąd furmankami...

W domu i w zagrodzie

Sposób budowania na Rusi określały z jednej strony warunki terenowe, klimatyczne, finansowe i materiałowe, a z drugiej przyjęte w okolicy wzorce. Układ zabudowań odbiegał od schematu spotykanego na centralnej Łemkowszczyźnie. Wzorowano się raczej na wsiach spiskich, stawiając osobny budynek mieszkalny i gospodarczy. Przed samą wojną pojawiła się wręcz tendencja do ustawiania zabudowań w czworobok - czysto spiski import. Dom stał zwykle szczytem do drogi.

Zaczynano od wbicia grubych jodłowych bali w naroża zaplanowanego budynku, zastępowały one fundament. Stromizna stoku zmuszała do wyrównania poziomu kamienna podmurówką. Tak powstawała piwnica. Na tym układano jodłowe lub świerkowe belki na zrąb (uhla). Szczeliny między belkami obtykano mchem lub wiórami. Budynku nie malowano z zewnątrz, a jedynie naroża smarowano wapnem. Do początku XX w. tafla drzwi poruszana była na drewnianym kołowrocie - warcabach, później weszły w użycie metalowe zawiasy. Okna były bardzo małe. Ludzie motywowali to koniecznością obrony przed złodziejami. Istotna również była izolacja ogrzewanego pomieszczenia przed zimnem. Dachy miały konstrukcję krokwiową, kryte były dranicami lub gontem. Starszą formą był dach czterospadowy. Dopiero w latach 1918-45 rozpowszechnił się dach dwuspadowy. Szczyty niektórych chałup były zdobione półkolistymi koszyczkami z pazdurem albo dekoracyjnie przyciętymi deszczułkami. Czasem w cofniętym szczycie tworzone były balkoniki. Na dachu mocowano drewniane rynny drążone w jednym pniu.

Najuboższe wnętrze chałupy podzielone było na izbę i sień.

Sień - jak wszędzie - stanowiła przegrodę termiczną między podwórkiem, a ogrzewaną izbą. Ten najprymitywniejszy układ wzbogacany bywał przez dobudowaną z drugiej strony sieni komorę (rodzaj spiżarni), często konstrukcji słupowej. W zamożniejszej chałupie zdarzały się dwie izby. Miały wtedy wspólny piec, bądź też stawiano dwa piece: użytkowy i ogrzewczy.

Wewnątrz powałę podpierały trzy tragarze, czasem poprzecznie do nich umieszczano sosręb. Na środkowym tragarzu, lub sosrębie budowniczy wycinał 6-listną rozetę wśród stylizowanych kwiatów, oraz znak Chrystusa lub Matki Boskiej i napis "Hospod Błohosław sej dom", nazwisko i datę budowy np. Petro Dobańczuk 1917. Na Wielkanoc bielono wnętrze chaty wapnem, a nieraz na tym malowano kolorowe szlaczki.

Wyposażenie wnętrza było funkcjonalne i skromne. Centralne miejsce zajmował piec. Jeszcze przed wojną bywał to piec kurny lub półkurny (to jest z okapem doprowadzającym dym znad paleniska do otworu w powale). Ciekawy był sposób budowania pieca. Najpierw stawiano konstrukcję z balów jodłowych. Potem oblepiano je gliną a następnie wypalano wnętrze. Piece były dwupoziomowe. Niższy piec z fajerkami używany był do codziennego gotowania, wyższy służył do wypieku chleba. Obszerna przestrzeń za piecem chlebowym to w razie zimna sypialnia niekiedy dla całej rodziny.

Opodal pieca stały nieruchome ciężkie ławy, stół i stołek. Pod ścianą na dużym drewnianym łóżku piętrzyły się haftowane poduszki. Nad nim na żerdce wieszano ubrania. Na ścianie umieszczona była drewniana półka na naczynia (ram). Wyżej, lekko nachylone, widniały wizerunki świętych. Starsze, malowane na szkle spiskie obrazy, szybko wyparte zostały przez oleodruki. Ważnym elementem wyposażenia była skrzynia, która stała zwykle w sieni lub komorze. Przed wojną występowały dwa typy skrzyń. Skrzynie w typie spiskim były robione z miękkiego drewna i miały płaskie wieko. Zdobiły je z zewnątrz malowane tulipany. Inne wykonane były z twardego bukowego drewna i zamykało je dwuspadowe wieko. Dekorowano je geometrycznym ornamentem.

Budynek gospodarczy był na ogół cofnięty w stosunku do chałupy. Charakteryzowała go priczyna czyli miejsce otrzymane dzięki cofnięciu czołowej ściany budynku, zwykle na wysokości stajni. Powstawał w ten sposób rodzaj podcienia umożliwiający wchodzenie do stodoły po siano bez potrzeby otwierania głównych wierzei, nieraz przecież zawianych śniegiem. Zdarzało się, że łączono budynek gospodarczy z mieszkalnym wspólnym dachem tworząc dodatkowe pomieszczenie - skład na narzędzia. Rusini budowali także ziemianki (piwnice). Można je odszukać w Białej Wodzie. Z zewnątrz widać tylko niewielki pagórek. Wewnątrz zaś jest kamienny korytarz i dość obszerna izba.

Stroje

Strój Rusinów wykazuje pewne związki z właściwą Łemkowszczyzną. Wystarczy wymienić nazwy głównych elementów stroju np. huńka, czuha, soroczka, hołośnie. Z drugiej strony widać tu silne wpływy spiskie. Z południa przywożono materiały oraz ozdobne elementy strojów. Nie bez znaczenia była kultura sąsiednich górali szczawnickich. Od nich przyjęli Rusini kapelusz podhalański oraz szeroki skórzany pas. Natomiast błękitne kamizelki szyte niegdyś z mundurów austriackich zapożyczono od flisaków. Były to czasy, kiedy posiadanie munduru oraz służba wojskowa były świadectwem elegancji, szyku oraz obycia w szerokim świecie.

Łemkowie zamieszkujący okolice Jaworek sami wykonywali stroje. Większość materiałów - płótno lniane i sukno - powstawała przemysłem domowym. Płótna nie były jednolite: tkane w jodełkę nazywano czynowatym; białe płótna nosiły nazwę drelichów. Wykonywano też tkaniny wielobarwne - rodzaj czerwonego, niebieskiego i białego pasiaka - na spódnice "kanafaski". Pierwotnie farbowano te tkaniny w domu, później zaczęto je zakupywać np. w Leśnicy na Spiszu. Zawodowi farbiarze ze Szczawnicy oraz Lubowni, Starej Wsi Spiskiej i Kieżmarku wykonywali też płótna drukowane sposobem przypominającym batikowanie. Przedstawiają one biały wzór na granatowym lub ciemnozielonym tle. Szyto z nich spódnice i zapaski.

Produkcję własną uzupełniały zakupy. Z nabywanej na Spiszu "anglii" czyli cienkiego wełnianego sukna wykonywano niegdyś gorsety i aplikacje. "Anglije" były stopniowo wypierane przez łatwiej dostępny kwiecisty tybet, którego używano do szycia czepców, gorsetów a także spódnic.

Mężczyźni uzupełniali swój strój zakupem pasów bacowskich, kapeluszy filcowych i toreb skórzanych.

Z biegiem czasu zwiększała się ilość gotowych materiałów lub elementów stroju nabywanych na targach lub w sklepie u Żydów.

strój męskiStrój męski

  • Koszela lub soroczka: koszula wykonywana z płótna samodziałowego. Mankiet ozdobiony czerwonym paskiem tasiemki tzw. harasimówki.
  • Haci: letnie spodnie z grubego płótna samodziałowego, albo z płótna "czynowatego" (w jodełkę).
  • Hołośnie: białe spodnie zimowe z płótna samodziałowego. Na dole nogawki pozostawał rozpór długości 15 cm, tzw. tanir, obszyty czerwonym suknem. Hołośnie pierwotnie były też ozdabiane wzdłuż szwów niebieskim lub czerwonym sznurkiem.
  • Lejbyk: rodzaj kamizelki zakładanej od święta, szyty z jednego kawałka. Szwy ozdabiane były czerwoną tasiemką lub haftem. Z czasem wypierany przez kamizelę. Czuha lub hunia: ubranie wierzchnie z białego, samodziałowego płótna, aplikacje zaś z niebieskiego. Obszywki wykonywano z czerwonego lub czarnego sznurka. Kołnierz był pojedynczy, pokryty z zewnątrz niebieskim suknem. Od niego biegły w dół wąskie paseczki błękitnej materii. Ważną ozdobą był kohucik, tj. aplikacja wykonana z niebieskiego lub czerwonego sukna. Przedstawiała stylizowane drzewko szpilkowe. Później zaczęto zastępować czuhy huńkami lub sukmanami.
  • Kamizela: włączona do stroju męskiego dość późno (XIX w.). Błękitna ozdabiana haftem i cekinami.
  • Kierpcy: nogi owijano onucami lub zakładano wełniane skarpety, a na to kierpce z samodziałowej lub kupnej skóry.
  • Kapelusz, czapa: przyjęła się moda noszenia czarnego kapelusza z okrągłą i wąską krezą spuszczoną w dół. Wokół niej był sznurek czerwony związany w węzeł. W zimie zakładano czapy baranie. Miały one okrągłą główkę podszytą niebieskim suknem.
  • Pas szerokości 20-30 cm był dopełnieniem stroju.

Ubiory kobiece

strój kobiecyKobiety zakładały długie do kostek, marszczone spódnice. Codzienną spódnicą była kłaczenica z płótna samodziałowego "wybijanego" w drobny biały wzór kwiatowy na niebieskim, granatowym lub ciemnozielonym tle. Była ona gęsto marszczona, tak że wzór układał się w podłużne pasy. Fragment spódnicy przykrywany fartuchem wstawiano ze zwykłego białego płótna. Mówiono, że wynikało to z oszczędności materiału. Już przed wojną zaczęły zanikać kanafaski tzn. spódnice wykonane z samodziałowego drelichu, który był tkany w pionowe paski czerwone lub biało-czerwone. Materiał na kanafaski niegdyś nabywano w Leśnicy. Od święta zakładano białe kortynułki z płótna i wykrochmalone na sztywno, tak że przypominały białą kartę.

  • Na spódnicę zakładały kobiety zapaskę, tj. fartuch wykonany płótna wybijanego w duży wzór kwiatowy. Jeśli zapaska miała biały wzór kwiatowy na niebieskim tle, to był to fartuch "łabaty". Obok kwiatowych wzorów stosowanych przy fartuchach były też zakupywane zapaski biało haftowane.
  • Oplecza lub opłycz była to koszula kobieca mocno marszczona. Stan i "ćwikle" pod pachami wykonywano z płótna samodziałowego. Rękawy i części widoczne spod gorsetu szyto z delikatnego płótna kupnego.
  • Na opleczę zakładano lajbyk czyli gorset. Dawniej były one szyte z kupnego płótna czyli postawu koloru czerwonego lub czarnego. Później zaczęto stosować barwne tybety i aksamity. Zapięcie stanowił rząd błyszczących guzików. Brzegi ozdabiały ząbki, obszyte czerwoną, granatową lub zieloną tasiemką.
  • Na gorset zakładano huńkę z samodziałowego płótna, długości około 55 cm. Kołnierz miała niziutki, stojący. Kraje ozdobione były warkoczykiem plecionym z białej lub czarnej wełny harasówki. Harasówka zdobiła też szwy we wzór zwany husi tanec (gęsi taniec). Huńkę przystrajał też kohucik - aplikacja wykonana z czerwonej materii i podszyta żółtym stębnem z wyszywanymi gwiazdkami. Podczas zimy zakładano krótkie baranie białe kożuchy, czasem wyszywane.
  • Na ramiona pierwotnie zarzucano rańtuch czyli obrus - płat białego samodziałowego płótna długości 180 cm, a szerokości 60 cm. Używano do tego płótna czynowatego czyli tkanego w jodełkę. Później zaczęto zakupywać chusty tzw. lubowleckie (pierwotnie nabywane w Lubowli). Panny zakładały chusty białe lub czerwone, mężatki zaś granatowe.
  • Ciekawy był sposób upinania włosów. Służyły do tego hymle czyli krążki drutu owinięte szmatą. Na głowę mężatki zakładały czepce z kwiecistego i kolorowego tybetu. Miały one charakterystyczny ząb nad czołem, ozdobiony haftowaną wstążeczką i cekinami. Czepiec był przymocowany do głowy za pomocą tasiemki. Całość stroju dopełniały kolorowe korale.

Cerkiew nad wsią

Wiara odgrywała bardzo ważną rolę w obyczajowości Rusi Szlachtowskiej. Funkcjonowały tu dwie cerkwie grekokatolickie: w Szlachtowej i w Jaworkach. O czasach budowy tej w Jaworkach (1798 r.) zdołaliśmy się jeszcze dowiedzieć co nieco od ludzi. Pierwotnie miała podobno stanąć na Kozińcu, a więc w miejscu bardziej wyniosłym i eksponowanym. Stok okazał się jednak na tyle stromy, że budowli mogło by grozić obsunięcie. Wówczas wybrano dzisiejszą lokalizację, a na Kozińcu postawiono kapliczkę (stoi tam do dziś). Potrzebny do budowy kamień ludzie przynosili na własnych plecach ze Słowacji. Do zaprawy murarskiej dodawano mleka - każdy gospodarz dał po 10 litrów. Dziełem cieśli były piękne, drewniane, zdobione ławy dla chóru. Po II wojnie ławy te zlikwidował ówczesny ksiądz rzymskokatolicki.

Wyrazem głębokiej wiary były stawiane tu i ówdzie kapliczki i krzyże przydrożne. Prywatni fundatorzy zakupywali je często na targach w intencji spełnienia życzeń, lub na pamiątkę śmierci kogoś bliskiego.

Bardzo uroczyście obchodzono święta. W niedzielę ludzie umyci i odświętnie odziani wędrowali do cerkwi. Jeśli mieli przyjąć komunię to szli na czczo, bez spożywania nawet wody. Po mszy obchodzono cerkiew dookoła i całowano biblię. W czasie świąt wszystkie panny we wsi ubierały białe sukienki i wianki z barwinka. Na tacy rozdawany był święcony chleb. Odbywały się uroczyste procesje. W Wielki Piątek procesja zdążała do obrazu wystawionego przed cerkwią na białym obrusie, przyozdobionym kwiatami. W Wielką Niedzielę ludzie podczas procesji nosili obrazy. We Wszystkich Świętych nabożeństwo odbywało się na cmentarzu. W Święta Trzech Króli ksiądz święcił wodę w rzece.

Bardzo uroczyście i całą gromadą wyruszano na odpusty (pielgrzymki). Kiedyś chadzano do Lewoczy i Podolińca. Była to świetna okazja do spotkania ze spiskimi Rusinami z Folwarku, Lipnika czy Litmanowej, bardzo często krewniakami. Grekokatolicki ksiądz należał do najbogatszych we wsi. Zwykle przybywał z okolic Gorlic lub Sanoka. Na służbę do księdza szły dzieci i dorośli. Zajmowali się oni domem, gospodarstwem, a także oprowadzaniem po cerkwi wycieczek. Parafianie najczęściej przywiązywali się do swojego księdza. Do dziś opowiadają smutną historię księdza Durkata z Jaworek. Na dwa, może trzy lata przed II wojną postanowił on zmienić parafię. Załatwił na swoje miejsce następcę i wyruszył do Piwnicznej. Była ostra zima. Zmęczony napił się wody w Suchej Dolinie po czym zmarł, prawdopodobnie na atak serca. Ludzie znaleźli zwłoki księdza i przywieźli do Jaworek na kriwulach (duże sanie). Został pochowany na cmentarzu przy cerkwi. Wydarzenie to było tym smutniejsze, że osierocił kilkoro dzieci.

Religia wspomagała trwanie pewnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. W każdej wsi była kobieta wprawna w odbieraniu porodu. Po porodzie matkę i dziecko oddzielano w izbie białymi płótnami i podawano jedynie jedzenie oraz wódkę. Noworodek okręcony był pasami białego płótna "żeby prosto rósł". Matka kołysała dziecko w płóciennej płachcie. Nim dziecko nie zostało ochrzczone, nie wolno jej było opuścić izby. Mogła przynieść nieszczęście, spowodować burzę, lub deszcze. Mniej więcej po 7 dniach od porodu przychodził ksiądz i zabierał matkę z dzieckiem do cerkwi. Po drodze trzymał rękę na głowie kobiety. Dopiero po chrzcie wracała ona do normalnego życia.

Inną wiejską uroczystością był ślub. Kierowali nim starosta i starościna, interesy młodych reprezentowali drużbowie. Przed udaniem się do cerkwi panna młoda i pan młody chowali się, a obecni mieli za zadanie ich odszukać. Zdarzało się, iż młodzi byli do ślubu przymuszani i wtedy tak się chowali, że goście byli bezradni... Jedną taką pannę młodą porwali zbójcy, czy też, jak wolą inni, sama do zbójców uciekła. Naogół jednak zabawa w chowanego kończyła się szczęśliwie. Wtedy starostowie wykupywali młodych z rąk drużbów. Dwa, nieraz trzy dni po ślubie trwało weselisko. Zazwyczaj jedzono skromnie, ale bawiono się wesoło.

Bajania starego Hawryły
...czyli niesamowite opowieści, które wciąż można usłyszeć w tych stronach.

Szlachtowskie Góry nie były nigdy bezpieczne. Na bezbronnego wędrowca za każdym niemal drzewem czyhali zbójnicy, najczęściej rodem aż z Czech, albo Węgier. Mieli swoją siedzibę pod Radziejową, dlatego najniebezpieczniej było wybrać się na jarmark do Rytra lub Piwnicznej. Rozbójnicy najczęściej napadali na powracających z pieniędzmi po udanej transakcji. Mieli broń, więc napastowany na ogół nie stawiał oporu i oddawał gotówkę. Takiego, co ich nie usłuchał, zabili i też ograbili.

Podobno w okolicy są gdzieś jeszcze lochy. Mają one 3 km długości i mnóstwo korytarzy, w których łatwo zabłądzić. Dlatego ludzie boją się tam chodzić. Ponadto tamtejsze skarby i złoto, zdobyte na krzywdzie biednych ludzi, nikomu nie przyniosą szczęścia.

Kiedyś jednemu Rusnakowi przyśniło się, że do wejścia prowadzącego do lochów wrzuca czapkę lub buty i wyjmuje pełne złota. Sen miał się spełnić, jeśli nikomu nie zdradzi tajemnicy. I rzeczywiście. Chłop poszedł w znane sobie miejsce, zdobył złoto, ale nie wytrzymał i wygadał w kościele. Po powrocie do domu rodzina kazała mu wrzucić skarby z powrotem do lochów. I tak też zrobił, gdyż w przeciwnym wypadku zbójcy wymordowaliby całą rodzinę.

Inna zbójnicka historia rozegrała się pod Rytrem. Stała tam kiedyś karczma. Wędrujący do Piwnicznej lub Sącza wstępowali na zaproszenie gościnnego gospodarza, który za darmo proponował herbatę (herbatę? - to niesamowite! przyp. red.). Gdy karczma była już pełna, to sprawujący tu rządy zbójcy zabijali i okradali wszystkich. Po pewnym czasie sprawa zrobiła się głośna, ściągnięto wojsko, które otoczyło karczmę i wybiło zbójników. Piwnica pełna była głów pomordowanych... Teraz karczma już nie istnieje, ale w tym miejscu dzieją się różne dziwne i straszne rzeczy. Są tacy, którzy widzieli słup ognia, inni w Wielki Czwartek słyszeli huki i jęki. Nikt nie szuka ukrytych tam skarbów, żeby "nie ujawnić" czyhającego zła. Jedyną metodą byłoby skropienie przeklętego miejsca święconą wodą, ale dotychczas nikt się na to nie zdobył.

Ze zbójeckich czasów po dziś dzień błąkają się po górach duchy pomordowanych, często bogatych kupców. Raz jeden mieszkaniec Czarnej Wody szedł nocą na Świniarki. Ludzie go przestrzegali, ale poszedł. Nagle widzi przed sobą mężczyznę. Obcy był ładnie ubrany, ale u rąk wisiały mu jakieś łańcuchy. Jedynym wyjściem w takiej sytuacji jest odmówienie pacierza.

Zakończenie

W powyższym opisie życia na Rusi Szlachtowskiej wykorzystano informacje zebrane w sierpniu 1985 r. podczas obozu z cyklu "Łemkowyna", organizowanego przez Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich z Warszawy. Gdyby tylko na tych wiadomościach poprzestać - opis byłby nazbyt wyrywkowy. Dlatego w znacznym stopniu oparłam się na obszernej rozprawie Romana Reinfussa. Aby nie gmatwać tekstu, nie wskazywałam, które informacje pochodzą z tego źródła, a które z obozu. Kto ciekaw, stwierdzi to porównując obydwa artykuły. Dziękuję serdecznie paniom Stopce z Czarnej Wody i Annie Porębskiej z Białej Wody za obszerne wyjaśnienia, a panom Antoniemu Krohowi z Nowego Sącza i Romanowi Walewskiemu z Warszawy za cenne uwagi.

Anna Ostrowińska
tekst publikowany był w Magurach '86, wyd SKPB Warszawa, Warszawa 1986

 


 

na górę
[na górę strony]

strona główna
[strona główna]